Polecane posty

206. Styczniowe rozmaitości

Jak ja się ogromnie cieszę, że już jest styczeń... i to nawet jego druga połowa. Za niedługo będzie już luty, który zawsze jest krótszy, niż inne miesiące, a marzec - być może - przyniesie już trochę więcej ciepła i może nawet choć odrobinę wiosny? :)

Moja gorycz wynikająca z panowania tej przeraźliwej zimy i straszliwych mrozów, dochodzi do apogeum mojego dobrego nastroju... nic na to nie poradzę. Nie cierpię tej pory roku i podziwiam ludzi, którym jest obojętna, a już w ogóle wielki szacunek dla tych, którzy się deklarują, że nawet ją lubią :) Szacunek, ale też jednocześnie całkowite niezrozumienie, bo moja niechęć do zimy nie bierze się znikąd. Każde wyjście na szczypiący w policzki mróz i każdorazowe zabieranie ze sobą chusteczki, która pomaga mi osuszyć oczy, z których mroźny wiatr wyciska zimowe łzy, to zdecydowanie opcja nie dla mnie.

Jeśli nawet uznacie mnie za zimową marudę, to trudno... zdania nie zmienię, nie ma takiej opcji :) Tak bardzo tęsknię już za ciepłymi promieniami słońca, że aż czuję motyle w brzuchu kiedy tylko o tym pomyślę :) To tyle marudzenia... chyba :)

A na ten szary widok za oknem, poniżej coś w pięknym chabrowym kolorze :) I żeby było jasne, będę tu dzisiaj wrzucać różne przypadkowe fotki, bo ogród za moim oknem wygląda strasznie smutno... po stopniałym śniegu, na rabatach pozostało roślinkowe pobojowisko :)

I moje aktualne, domowe kwitnienie storczyków... one są niezawodne w ten szary czas, wciąż kwitną niestrudzenie i cieszą moje oczy :)


Nie próżnuje także hoja :)

Zabawiam się aktualnie w domowego leniwca. Żadna siła nie zmusi mnie do zbędnego wychodzenia z domu... zmusza mnie do tego jedynie konieczność zrobienia zakupów i czasem perswazja mojego męża, który wytrwale i codziennie, niezależnie od pogody za oknem, spaceruje po wsi i pobliskich leśnych dróżkach. Podziwiam go za konsekwencję i upór w tym postanowieniu, ja nie jestem tak zawzięta, wyjście na zewnątrz w tę paskudną pogodę, to dla mnie kara. Ale żeby nie było, że przykleiłam się do kanapy... nie, nie :) Robię jakieś zaległe porządki w każdym zakątku domu, ponownie zaglądam do każdej mysiej dziury i opróżniam dom ze zbędnych rzeczy. Do tego czytam co się da, oglądam co się da i... ćwiczę :) Tak, tak... wzięłam się ostro za ćwiczenia, chyba tylko po to, żeby to zimowe przywiązanie do sofy nie zrobiło z moich czterech liter rozklepanego naleśnika. Trzeba mieć na uwadze, że czeka na mnie w tym roku kolejna wyprawa na południowe plaże i chciałabym się zmieścić w strój kąpielowy z zeszłego sezonu, bo nie mam w tym roku w planach wydawania kasy na nowy :) Dlatego wytrwale i uparcie ruszam wszystkimi kończynami i przyznam, że sprawia mi to niesamowitą frajdę :)

A wracając do przypadkowych fotek, wpadły mi w ręce takie miłe dla mnie wspomnienia. Do każdego zdjęcia postaram się napisać choć kilka słów...

Cofamy się do roku 2007 i naszej pierwszej wyprawy na Mazury. Uwierzcie, że z mazurskimi klimatami zaczęłam mieć do czynienia dopiero jak poznałam mojego obecnego męża, wcześniej w ogóle nie znałam tamtych stron. Dzikie miejsca, pełne niesamowitych widoków, jezior, lasów i... komarów :) Poniższe zdjęcie to jakaś moja integracja z miejscowym psiakiem, bardzo zresztą przychylnie nastawionym do ludzi... jak widać nie miał nic przeciwko przytulasom, nawet z tą kością w psiej mordce :)

Na poniższej fotce niech Was nie zdziwi mój ubiór, zdecydowanie nie pasujący do widocznych okoliczności, do grilla i trawy pod butami :) Mamy rok 2008 i pracująca jeszcze wtedy zawodowo Iwonka, została zaproszona na grilla. Mój jeszcze wtedy niemąż, wybrał się na ryby i zabrał ze sobą całe grillowe oprzyrządowanie i wywołał mnie na tę imprezę na łonie natury, nie biorąc w ogóle pod uwagę, że będę tam prosto z pracy, a więc w stroju - że tak się delikatnie wyrażę - niegrillowym :) Tym sposobem, w płaszczu i lekkich, zupełnie nie sportowych butach, znalazłam się w towarzystwie dymu, kiełbasy i karkówki :)

Poniżej za to motocross na piekielnej maszynie :) Chyba widać, jakie szczęście rozpierało moje wnętrze :) Jakieś nieśmiałe motylki w brzuchu to mało powiedziane... tutaj cała motylarnia zagnieździła się w moim jestestwie, to dopiero było przeżycie. Mamy rok 2008 i to był jakiś weekendowy relaks w pobliskim ośrodku wypoczynkowym, a szanowny motocykl był własnością jakiegoś naszego - mniej lub bardziej - znajomego, już nie pamiętam.

Jesteśmy wciąż w 2008 roku i mamy teraz wrzesień. W tamtym czasie, z moim - wciąż jeszcze - niemężem, byliśmy na Mazurach, a ja postanowiłam poczuć się jak Kate Winslet na Titanicu. Drobna różnica polegała tylko na tym, że zrobiłam to na siedząco, ale gwarantuję Wam, że odczucia są niesamowite. Łódź płynęła z odpowiednią prędkością do tego, żeby poczuć wiatr we włosach, pęd powietrza na twarzy i mieć wrażenie, że suniesz po tej wodzie, prawie jak wodna nimfa, tyle że z mechanicznym napędem :) Ech, cudne wspomnienia :)

A tu przeskakujemy do roku 2011, mamy piękny miesiąc maj. Jak widać, jesteśmy już na tarasie naszego nowego domu, nie ma jeszcze krzewów, nie ma płotu... tak naprawdę niewiele jest. Za to ponownie jesteśmy w towarzystwie grilla, z którego na początku naszego zamieszkiwania korzystaliśmy często i to nawet sami dla siebie, czyli - jak widać - bez gości. Aparat na statywie, ustawiony z wyzwalaczem czasowym i voilà... fotka na wieczną pamiątkę :) To były piękne chwile, wspominam je z ogromnym sentymentem. 

Właściwie, żeby być w zgodzie z samą sobą, to muszę przyznać, że ten czas przymusowego przebywania w moim ukochanym domku, ma też swoje dobre strony. Wszystko, co sobie zaplanuję na każdy kolejny dzień, robię powoli i z namaszczeniem. Nigdzie się nie spieszę, celebruję każdą czynność, mając świadomość, że przecież nigdzie mi się nie spieszy :) Staram się cieszyć z każdej mijającej chwili i z każdego działania. Przecież tyle lat czekałam na tę emeryturę, więc teraz warto byłoby czerpać z tego pięknego czasu wyłącznie radość. 

Niemniej czekam na wiosnę bardzo, bardzo... moja majowa wyprawa na ciepłe, południowe plaże śni mi się już po nocach :) Wiem, że to szybko zleci, wiem. Przecież dopiero co zaczynała się jesień, a tu już za niedługo wiosna rozpanoszy się na całego i będę odliczać dni do odlotu :) Póki co, spędzam sporo czasu z moją podróżniczą przyjaciółką i obie oddajemy się tym wakacyjnym myślom, rozważaniom, marzeniom... 

Póki co jednak wrócę jeszcze na chwilę do ogrodowych klimatów i pokażę Wam dwa ogrodowe wspomnienia. Jest lipiec 2014 roku i Iwonka wykańcza jedną ze swoich nowych rabat. Akurat na tym zdjęciu rozsypywałam już chyba tylko kamienie... rabata jest już zagospodarowana i obsadzona roślinami. Dziś są one już tak wielkie, że nawet tych kamieni pod nimi nie widać :)

A na poniższych fotkach mój mąż likwiduje rdest Auberta, który tak się zagęścił na tej pergoli, że biedaczka tego nie wytrzymywała i kiwała się niebezpiecznie przy każdym podmuchu wiatru. Trzeba było roślinę zlikwidować, a pergolę wzmocnić i postawić na nowo. Ta roślina jest bardzo inwazyjna i rośnie niesamowicie szybko. Z tego powodu potrzebuje bardzo silnej podpory... nasza pergola nie poradziła sobie z jej ciężarem, niestety. Dlatego nie chcę tego rdestu nigdy więcej. 



 Przygotowałam dla Was także kilka pięknych ogrodowych kwitnień z ubiegłych lat. Zdjęcia, które dziś dla Was wybrałam bardzo mi się podobają... dlatego, choć może już kiedyś tu były, często do nich wracam. To takie moje kwiatowe perełki :)

Na pierwszy ogień moja ukochana szałwia muszkatołowa... jej kwitnienie zawsze mnie zachwyca. Te misterne, jakby pędzlem wymalowane obwódki płatków, są niesamowicie widowiskowe :)


Jako drugą pokażę stokrotkę afrykańską, ale z wyjątkowymi płatkami, które wyglądają, jak zawinięte trąbki :) Ciężko ją dostać, a ponieważ w naszych warunkach klimatycznych stokrotka afrykańska jest rośliną jednoroczną, co roku urządzam polowanie na gotowe sadzonki tych właśnie "trąbek". Niestety, z tych, które wtedy miałam, nie udało mi się zebrać nasion :(


Kolejną pięknością jest pozłotka kalifornijska. Na rabacie wygląda zachwycająco, na szczęście rozsiewa się sama i pokazuje się u mnie co roku. A te jej intensywnie żółte, pozawijane płatki, to również arcydzieło Matki Natury :)

Na koniec chwalenia się moimi kwiatowymi pięknościami wrzucam zdjęcie, które chyba już tu pokazywałam, choć tak naprawdę nie jestem tego pewna. To mój hibiskus bagienny, w najlepszym roku swojego kwitnienia. Zakwitł wtedy imponująco i spektakularnie, a to zdjęcie w jego towarzystwie bardzo mi się podoba :) W sumie kwitnie co roku, ale tamto lato było dla niego wyjątkowe... postarał się bardzo :)

Na dziś to chyba tyle. Nie dzieje się u mnie nic tak ważnego i zajmującego, żebym miała jeszcze o czym pisać. Niech już minie ten styczeń i luty... mam nadzieję, że wtedy dwie sprawy ruszą z kopyta, pierwszą jest moja skromna osoba, drugą mój ogród :) Razem jesteśmy jak jedno i z pewnością w tym samym czasie wybudzimy się z zimowego snu :)

Jak niedźwiedzie 🐻😄

Pozdrowienia i gorące przytulasy dla wszystkich moich "czytaczy" :)



Komentarze

  1. Lindo perro, bellas flores. Te deseo un buen año. Te mando un beso.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Napisz do mnie

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Copyright © Pani Ogrodowa