Moja lista blogów

04 grudnia 2022

Kocia opowieść cz.I

Dzisiaj przychodzę do Was z całkiem nieogrodową opowieścią :) A właściwie, może nie tak całkiem nieogrodową, w każdym razie z roślinkami niezwiązaną, ale z ogrodem już trochę tak, a z pewnością najbardziej związaną z naszym tarasem. 

Opowieść podzielę na dwie części, a to tylko z uwagi na ogromną ilość zdjęć, które chciałam Wam pokazać, a nie umiem zrezygnować z żadnego z nich :)

Tym bardziej, że opowieść tę da się bez problemu podzielić na dwie części z uwagi na dwa pokolenia, których ta historia dotyczy. 

Rzecz będzie o kotach... I to nie o naszych kotach, bo takowych nigdy w naszym domu nie było, ale o wioskowych, przysposobionych, które się przypałętały i pokochały nas z wzajemnością. Historia działa się dawno, zaraz po wybudowaniu przez nas naszego domu, więc jakieś około 11 lat temu. Toteż bardzo proszę o wybaczenie byle jakiej jakości niektórych zdjęć, bo jeszcze wtedy nie przykładałam do tego większej wagi, no i sprzęt uwieczniający te chwile też był trochę gorszego gatunku, niż dzisiaj :)

No dobra, ale do brzegu... :)

Zaczęło się wszystko od jednej wioskowej, czarnej kotki, która zaglądała na naszą budowę i zaprzyjaźniła się szczególnie z moim mężem, który zwierzęta bardzo lubi, zresztą z wzajemnością. Zaczął ją oczywiście dokarmiać, no a ta - wiadoma rzecz - zaczęła nas odwiedzać coraz częściej. Nawet jakoś tak utyła trochę, wydawało nam się, że to na tych naszych dobrociach... życie pokazało jednak, że z całkiem innego powodu :)

Pewnego pięknego dnia stałam sobie przy tarasowym oknie, patrzyłam na wprost, na widoczne z naszych okien pole i... zamurowało mnie. Zawołałam szybko męża i cóż ujrzały nasze oczy??? Prosto z pola, w stronę naszego domu kroczyła "nasza" kotka, a za nią sznureczkiem toczyły się 4 małe, puchate kuleczki :)

Oczywiście, przyprowadziła te kuleczki do nas, no bo gdzieżby indziej? Idzie się tam, gdzie dają dobrze jeść :) Zaznaczam tylko, że to co dzisiaj nazywam tarasem było jeszcze wtedy jedynie wylaną betonową płytą, dlatego mogły tam bezkarnie jeść, chlapać i śmiecić ile wlezie :) No ok, to teraz kilka fotek tych puchowych cudaków. Na dzień dobry dostały grochówkę, bo akurat była ciepła :)





Jak widać na załączonych fotkach, przybyły do nas 4 milusie stworzenia. Dwa czarne (jeden o zielonych oczach, drugi o niebieskich), białasek i ostatni o prążkowanym, tygrysim umaszczeniu :)

Widać, że były głodne, wsuwały tę grochówkę, aż miło :) 

Od razu dla ścisłości wyjaśnię, że dwa z nich dostały od nas swoje imiona. Te dwa czarne, dopóki nie spojrzało się im w oczy, były nierozpoznawalne, toteż pozostały "czarnymi". Białasek był po prostu Białaskiem, a kulka o tygrysim umaszczeniu, najbliższa mojemu sercu, została Tajgerem :)

Nie wiem, czyja była kocia mama. Zabierała te swoje dzieci i na noc szły gdzieś w stronę wsi, z pewnością na nocleg. Ale już od rana zjawiały się u nas i praktycznie cały dzień przebywały w ogrodzie, a najczęściej na naszym tarasie :)

Tu, na poniższych fotkach są już trochę większe.



Tak się nauczyły, że czekały na podanie śniadania jeszcze zanim my zjedliśmy swoje. Gromadziły się ściśnięte przy tarasowych drzwiach i czekały, kto też tam dzisiaj pierwszy zjawi się z pełną miską :)



A potem były wyścigi, kto pierwszy wsadzi nos do michy :)


Kocim zabawom i wygłupom nie było końca. Mogłam godzinami oglądać, jak dokazują, razem śpią, jedzą i się bawią :) 








Potrafiły też spory czas przesiadywać na okiennym parapecie, grzejąc się w słonecznych promieniach.


Po jakimś niedługim czasie nasz betonowy taras był już tak usmarowany i ochlapany kocim jedzeniem, że mój przedsiębiorczy mąż zrobił naszym przybłędom "kocią stołówkę", która stanęła niedaleko naszej wewnętrznej drogi, obok domu i od tamtej pory kociaki grzecznie chodziły tam jeść :)




Kilka słów muszę poświęcić Białaskowi :) To był cudowny tarasowy towarzysz i pierwsze w kolejce stworzenie do miziania wszelakiego. Chodził przy nodze jak pies, uwielbiał drapanie za uszkiem i przytulaski. Miał na nosie śmieszną różową plamkę, przez co wyglądał trochę jak prosiaczek, ale był słodki :) Zresztą zobaczcie sami...





Miziarz, przytulacz i niesamowita przylepa :)






Obowiązkowo, jak pies, chodził z nami na spacery :)



Natomiast Tajger to zupełnie inna historia.
Ten był najbliższy mojemu sercu i moim zdaniem... najładniejszy.

To jego tygrysie umaszczenie czyniło go wyjątkowym i jego wygląd takim królewskim. Poza tym był dumny, chodził swoimi ścieżkami i nie przepadał za mizianiem i przesadnym głaskaniem, miał swoje humory...
Trochę tak jak ja :)
Ale popatrzcie na to spojrzenie kota ze Shreka :) Zdjęcie trochę niewyraźne, bo przecież on nie lubił pozować, ale wejrzenie boskie :)


Cudny był...
Jeszcze teraz jak patrzę na to zdjęcie, to robi mi się ciepłe miejsce koło serca :)

Lubił leżeć wśród kwiatów, podzielał moje zamiłowanie...



Rzadko pozwalał brać się na ręce.



I przynosił mi takie prezenty :)


Kocia mama bardzo szybko przestała do nas przychodzić razem ze swoimi dziećmi, toteż kociaki przychodziły do nas już samodzielnie. Myśleliśmy, że tak już zostanie, jednak życie po raz kolejny napisało swój własny scenariusz. Mamusia poszła - że tak powiem - w długą i niebawem przyprowadziła nam kolejne pokolenie kocich żarłoków, tzn. siostry i braci naszej czwórki, o czym napiszę w następnym poście, bo za dużo tych zdjęć byłoby tutaj jednorazowo.
W każdym razie wyszło tak, że w najlepszym momencie naszej kociej historii mieliśmy do wykarmienia i do zabawy ośmioro puchatych przyjaciół, czyli mama, jej czwórka dzieci z pierwszego miotu i trójka z drugiego...
Sodoma i gomora :)

A więc na razie to tyle, koci ciąg dalszy nastąpi niebawem :)




26 listopada 2022

Wynik konkursu

Nadszedł czas, kiedy chciałabym ogłosić wynik losowania w konkursie, który ogłosiłam TUTAJ.

W losowaniu wzięło udział 11 osób, które wyraziły taką chęć zarówno w komentarzach pod konkursowym postem, jak i w komentarzach na blogowym fanpage'u Pani Ogrodowej :) 

Przypominam, że nagrodą w konkursie była książka Susanny Longley "Niedzielny ogrodnik".



W wyniku przeprowadzonego losowania, zwyciężczynią rocznicowego konkursu okazała się właścicielka bloga "Rodzina testuje"

Poniżej krótki filmik z przeprowadzonego losowania :)




Zwyciężczyni serdecznie gratuluję. 

Proszę o kontakt i zgłoszenie się do mnie za pośrednictwem maila w formularzu kontaktowym, celem sfinalizowania szczegółów wysyłki :)

A wszystkim biorącym udział w konkursie serdecznie dziękuję i już dziś zapraszam na kolejne takie rocznicowe wydarzenia :)



20 listopada 2022

Zima czy niezima

Wbrew tytułowi zacznę dziś od zupełnie czegoś innego. 

Może niektórzy z Was, a zwłaszcza ci bardziej spostrzegawczy, zauważyli, że na moim blogu, na bocznym pasku, znalazł się kalendarz adwentowy. Umieściłam go, gdyż biorę udział w świątecznej akcji Advent Blog Calendar, wymyślonej przez Klaudię i zapoczątkowanej na jej blogu TUTAJ. Od 1 grudnia, kolejno, dzień po dniu, w kalendarzu będzie się otwierać jedno "okienko", w którym będę umieszczać adresy wyjątkowych blogów, które warte są polecenia i które - moim zdaniem - są interesujące, pasjonujące, inspirujące i warte odwiedzenia. Taki jest zamysł tej akcji, a ponieważ bardzo mi się spodobał i jest wart rozpropagowania, niniejszym to czynię :) 

I jeszcze jedno. Umieściłam też na bocznym pasku przekierowanie do konkursu na blogu Kasi, bardzo ciekawego konkursu. Kto jeszcze nie wziął w nim udziału, w imieniu Kasi serdecznie zapraszam do zaobserwowania jej bloga i do udziału w konkursie :) Zajrzyjcie TUTAJ.

To tyle...

Wracając do tytułu dzisiejszego posta, to... sama nie wiem, zima to, czy niezima?

Wszędzie, gdzie tylko zajrzę, czy gdzieś coś przeczytam, spadł śnieg i zima zagościła na dobre. Oglądam zasypane śniegiem ogrodowe rabaty, uginające się pod białym puchem gałęzie drzew, rośliny śpiące sobie słodko pod ciepłą pierzynką. Tylko u mnie jakieś wariactwo. Oprócz lekkiego przymrozku, który bardziej oszronił trawę, niż rośliny, innych oznak zimy nie ma...

Pewnie, że jest zimno :) Mnie jest zimno, jak jest już poniżej 15 stopni, więc trudno się dziwić, że przy minusowych temperaturach, wychodzę z domu tylko wtedy, kiedy muszę :) Ale zimno nie oznacza zimy, poza tym z widokiem śniegu jakoś tak przyjemniej, bardziej uroczyście, czyściej i w ogóle... Czasem mam wrażenie, że słońce przykleiło się do nieba nad moim domem, bo jest u mnie gościem codziennie :) Ale ja nie narzekam, absolutnie... Żeby sobie ktoś nie pomyślał, że przyszłam tu marudzić i się żalić, o nie... Kocham słoneczko, kocham jego promienie i ciepłe głaskanie i zdecydowanie jestem zwierzakiem ciepłolubnym, więc niech sobie grzeje, niech się nie odkleja, nie mam nic przeciwko temu :)

Fotki z mojej "zimy" są świeże, jak bułeczki z piekarni za rogiem :) Dzisiaj robione. Więc proszę bardzo, najpierw to, co wciąż żyje wbrew wszelkim prawom fizyki :)












Jedne są w lepszym stanie, inne w gorszym, ale generalnie, mimo nocnych przymrozków wciąż egzystują, jakby nie mogły się rozstać lub cierpiały na bezsenność.

Zrozumiałe jest dla mnie, że korale pięknotki wciąż dekorują krzew, to jest ich czas. 


Zrozumiałe jest także, że magnoliowe kotki już teraz przygotowują się do wiosennego kwitnienia :)


Niezrozumiały jest dla mnie natomiast fakt, że wciąż owocują maliny. Przymrozek mają w czterech literach :) Przypominam tylko, że fotki są z dzisiaj.




No dobra, to teraz takie, które uschły już sobie i już dużo wcześniej zapomniały o kwitnieniu, "suchelcami" przeze mnie nazwane :) Dlaczego je tu umieszczam? Bo uważam, że nawet takie suchelce, czasem są warte uwiecznienia :)








No i wreszcie te, które są w tym momencie największą ozdobą rabatek :) Najczęściej to takie, które rosną w cieniu i do których teraz, nisko wędrujące  słońce, nie dociera. Przyprószone, pocukrowane, polukrowane, czy jak by tam tego nie nazwał, liźnięte szronem, najpiękniejsze dla obiektywu i dla każdego oka.

Myślę, że podzielacie moje zdanie :)





I oczywiście, nie może się obejść bez królowej kwiatów, która ma się bardzo dobrze. Nie dość, że wygląda wspaniale sama w sobie, to jeszcze uważam, że przystrojona dodatkowo w zmrożoną, diamentową koronę, prezentuje się wyjątkowo okazale :) 




I na koniec chcę Wam jeszcze pokazać kwitnący kroton. Wiadomo, że jest to kwiat domowy, a jego kwitnienie nie jest jakoś często spotykane. Poza tym, nie jest też spektakularne, bo kwiat krotona nie zapiera tchu w piersiach i nie odbiera mowy z wrażenia i podziwu. Ale uważam, że jest na tyle ładny, że należy go pokazać :)



I to by było na tyle :)

Chyba jeszcze tylko jedna moja myśl. Zwrócono mi uwagę, iż nieprawidłowo zrobiłam, pokazując magnolię z jednoczesną informacją, że pokazuję ją jeszcze przed sprzątnięciem pod nią liści, ponieważ liści pod magnolią nie powinno się na zimę sprzątać, tylko powinno się je zostawiać, gdyż chronią one płytkie korzenie magnolii przed przemarznięciem. Nie kwestionuję tego, z pewnością tak jest, jeśli zostało mi to wyartykułowane. Nie znam się na wszystkim i nigdy nie twierdziłam, że na wszystkim się znam. Może też dlatego nie doszłam nigdy do takich wniosków, ponieważ moja magnolia przysypana jest drewnianymi zrębkami (nie korą, tylko zrębkami) i to one z pewnością przyczyniają się do ocieplenia jej korzeni, ponieważ nie zdarzyło się, żeby mi kiedykolwiek przemarzła. Ale powtarzam, tego nie wiedziałam i jeśli ktoś uznał to za instrukcję, czy zalecenie i dlatego, że tak napisałam sprzątnął liście spod swojej magnolii, to proszę o wybaczenie tej mojej niezamierzonej, magnoliowej działalności :) Nie miałam zamiaru nikogo źle instruować, bo nie takie były moje intencje. Zresztą nigdy nie traktowałam mojego bloga, jako strony instruktażowej, udzielającej porad, czy zaleceń. Bardziej jest to swego rodzaju pamiętnik, miejsce do uwieczniania zdjęć i mojego ulubionego bazgrolenia czy bazgrołowania, jakkolwiek to brzmi ... I tyle :)


Do następnego, blogowego zobaczenia, kochani 💔