212. Turcja - jak dobrze, że są wspomnienia
Siedzę tu już chyba z pół godziny nad tą laptopową klawiaturą i myślę, co ja mam napisać? No bo co ja mam napisać, kiedy nie bardzo umiem ubrać w słowa to, co mi w duszy gra? Wciąż jestem pełna niesamowitych wrażeń i przepełniona radością oraz jakąś taką tęsknotą za tamtym czasem, za tamtymi widokami, klimatem, słońcem, ciepłym powietrzem i morską wodą :) Tym bardziej, że po moim powrocie tylko dwa dni były takie - nazwijmy to - zwyczajnie ciepłe, a już zaraz potem przyszło standardowe, statystyczne, polskie lato, czyli zimno, deszcz i bardzo chłodne wieczory. Z rozrzewnieniem wspominam tureckie schyłki dnia, kiedy to siedziałyśmy na zewnątrz często do północy w krótkim rękawie albo nawet bez... Napiszę krótko - było cuuuuudnie!!!
Od czego mam zacząć??? Może od tego pięknego, prawie pocztówkowego widoku, który pokazuje nazwę miasta, w którym byłam?
Już na wrocławskim lotnisku cieszył mi się pysior :)
Turcja przywitała nas słońcem oraz błękitnym niebem... I luksusowym hotelem :) Taki miałyśmy widok z hotelowego balkonu, można było nie schodzić na dół na wieczorne animacje, ale oczywiście i tak schodziłyśmy :)
Potem było już tylko lepiej :)
Wycieczka statkiem po turkusowych w kolorze wodach Zielonego Kanionu, to było coś :) Widoki niesamowite, a kolor wody tylko potęgował to uczucie wspaniałego krajobrazu... nie da się tego ani opowiedzieć, ani opisać.
Szczęśliwa Pani Ogrodowa płynie sobie po tureckich wodach :)
I na pamiątkę tej wspaniałej wyprawy na mojej ścianie w salonie wiszą już trzy zdjęcia zrobione przez organizatorów wycieczki :) Za każdym razem kiedy na nie spojrzę, znów będę się czuła, jakbym ponownie była na tych turkusowych wodach...
Ta wycieczka to było coś!!! Prosto z Zielonego Kanionu, po zjedzeniu obiadu, pojechałyśmy do miasta Manavgat. Najpierw było zwiedzanie miejscowego meczetu, potem wizyta na tureckim bazarze.
Meczet jest imponujący... jego wielkość, przepych i ogólny wystrój budzi wielki respekt i uznanie do tamtejszej architektury.
Oczywiście, aby wejść do meczetu należało zdjąć obuwie i zakryć ramiona oraz kolana, a także okryć głowę jakąś chustą. Stąd na poniższych zdjęciach zobaczycie babuleńkę Iwonkę :)
Natomiast bazar to nie jest miejsce dla mnie. Przytłoczyła mnie ilość ludzi, towarów, nawoływań i ogólnie rzecz biorąc, przytłaczającego hałasu. Moje introwertyczne usposobienie dostało solidnego kopa i uciekałam stamtąd przebodźcowana na maksa. Zdecydowanie bardziej odpowiadało mi robienie zakupów w stacjonarnych sklepikach przy głównej ulicy, przy której znajdował się nasz hotel. Zresztą było ich tam co niemiara i śmiałyśmy się, że trzeba byłoby przyjechać chyba na trzy miesiące, żeby chociaż zajrzeć do wszystkich i obejrzeć cały znajdujący się w nich asortyment. Side jest miasteczkiem bardzo rozciągniętym wzdłuż wybrzeża i uwierzcie mi, obie strony głównej ulicy usiane są sklepami na długości z pewnością kilku kilometrów. Nie ma możliwości zajrzeć do każdego... nawet w tak długim czasie, jaki my spędziłyśmy w tym mieście :)
Za to wybrałyśmy się na przejażdżkę tureckim dolmuszem do portu i do antycznej części Side. Piękne miejsce... czuć w nim było ducha baaaardzo odległych czasów.
I krótka relacja filmowa :)
Za to dwudniowa wycieczka do Kapadocji, to było niesamowite doświadczenie! Ta kraina rozrzuconych wszędzie skał o przeróżnych niezwykłych i niewiarygodnych kształtach, robi ogromne wrażenie. Ale zanim tam dotarłyśmy, w planie było zwiedzanie pozostałości podziemnego miasta w Saratli. Wrażenie jest niesamowite i trudno sobie wyobrazić, że kiedyś takie wykute w skałach miejsce służyło ludziom jako kryjówka przed najeźdźcami. Zresztą wszystko pozostało tam w bardzo dobrym stanie.
Zachowały się nawet drzwi, które wrogowi blokowały wejście do środka... to ten wielki kamienny okrąg.
I po wyjściu fotka na pamiątkę z tego miejsca :)
Jadąc autokarem do Kapadocji, przejeżdżałyśmy przez miasto Konya. Na skwerach pomiędzy kolejnymi skrzyżowaniami hasają sobie takie wspaniałe koniki... z daleka wygląda to, jakby żywe konie biegały sobie po trawie :)
Droga do Kapadocji biegnie przez pasmo gór Taurus. Z moich dotychczasowych zagranicznych wypraw, nabardziej zauroczyły mnie góry w Czarnogórze i w Albanii... czarne i majestatyczne oraz wyglądające bardzo groźnie. Ale góry Taurus także robią niesamowite wrażenie. Ich olbrzymie pasmo ciągnie się jak okiem sięgnąć i wyglądają wyjątkowo dostojnie i okazale.
Samą Kapadocję i wszystkie tereny, które oglądałyśmy w tej przepięknej krainie, naprawdę trudno jest opisać słowami... to po prostu trzeba zobaczyć. Aż dziw bierze, że Matka Natura potrafiła stworzyć takie cuda, trudno było oderwać wzrok od tych widoków i nie wiadomo było co jest piękniejsze, na co tylko patrzeć, a co fotografować i upamiętniać.
Jak już wyżej wspomniałam, wycieczka do Kapadocji była dwudniowa. Pierwszego dnia wieczorem zorganizowano nam wieczór turecki, z elementami tureckiej kultury i tureckich obrzędów. Cała impreza odbyła się w tureckiej restauracji wykutej w skale... no bo jakżeby inaczej, skoro jesteśmy w krainie skał? :)
Występy były przednie, a tureccy artyści wciągali również do zabawy nas, czyli turystów. Nagrałam nawet sporo takich śmiesznych fragmentów z udziałem wycieczkowiczów, ale z wiadomych względów nie będę ich publicznie pokazywać... te osoby mogłyby sobie nie życzyć "fruwać" po Internecie.
Więcej szczegółów można obejrzeć na poniższym filmiku...
W drodze powrotnej do hotelu w Side, odwiedziłyśmy jeszcze Dolinę Gołębi, a tam... takie kolorowe drzewa udekorowane zostały znakami Oka Proroka. Widok rzeczywiście niecodzienny :)
Ale gwoździem tego wyjazdu ewidentnie był parasailing. Mimo, że wahałam się dosyć długo i - nie ukrywam - trochę też się bałam, w końcu jednak się zdecydowałam. Stwierdziłam, że jeśli tego nie zrobię, to potem, po powrocie do domu, będę żałować, że się nie odważyłam. Raz kozie śmierć i... poszłam w tango :) Najpierw kilka zdjęć...
Jednak i tak wszystko najlepiej widać na filmiku. Tym bardziej, że film kręcono dronem, który krążył wokół nas jak wściekła osa :) Sam filmik jest krótki... za to przelot trwał około 10 minut i było to moje najbardziej ekscytujące przeżycie w ciągu ostatnich lat :) Wiem tylko, że jak już znalazłam się z powrotem na plaży, miałam ochotę powtórzyć to jeszcze raz :)
To naprawdę było wspaniałe, a moje obawy okazały się całkiem nieuzasadnione. Serio powtórzyłabym to znowu :)
Na koniec jeszcze kilka fotek, takich różnych... warto mieć jak najwięcej pamiątek z takiego wspaniałego wypoczynku.
To był cudowny wypoczynek... od początku do samego końca. Teraz czeka mnie kolejna wyprawa, wprawdzie zdecydowanie krótsza, ale równie miła. Jadę na coroczne spotkanie ze swoją facebookową grupą ogrodową. Tym razem będziemy zdobywać Trójmiasto :) Więc, jak sami widzicie, nie ustaję w dostarczaniu sobie kolejnych, ekscytujących przyjemności :)
Niestety, mój ogród po tak długiej mojej nieobecności zamienił się w dżunglę. I żeby jeszcze było śmieszniej, to niewiele w nim po przyjeździe zrobiłam. Najpierw przy próbie porządkowania rabatek jakoś tak źle kucnęłam czy źle ustawiłam nogę, że naciągnęłam sobie mięsień w łydce. Nie pytajcie nawet, jak bolało, bo bolało okrutnie. Tym sposobem miałam przymusowe dwa dni przerwy w pracach. A potem przez trzy dni bez przerwy lało... Teraz już się pakuję na kolejny wyjazd i myślami jestem już w pociągu, więc ogród musi zaczekać... mam nadzieję, że mi wybaczy to moje wakacyjne zaniedbanie.
Dziś już się z Wami żegnam i zajrzę tu po powrocie znad polskiego morza. Bardzo dziękuję za wszystkie Wasze komentarze pod moim poprzednim wpisem, daję słowo, że wszystkie przeczytałam i to z wielką przyjemnością.
Życzę Wam dużo słonka na te najbliższe dni i sobie także :) Bo trudno mi się przyzwyczaić do tej naszej jakże zmiennej pogody... już tęsknię za słonecznymi promieniami i żółtym, plażowym piaskiem. Wiem, że to w takich południowych klimatach powinnam była się urodzić... czuję się w nich jak ryba w wodzie :) 🐠🐟
Trzymajcie się kochani... tymczasem! 😚





























.jpg)






























Iwonko, ogromnie się cieszę, że tak wspaniale spędziłaś ten czas - z tej relacji widać, że było bardzo intensywnie i ekscytująco :). Tyle przeżyć, tyle widoków, tyle wspomnień - cudowne wakacje! Ogrodem się na razie nie przejmuj, był zawsze tak bardzo przez Ciebie wypielęgnowany i w doskonałej kondycji, że przez jakiś czas na pewno sobie jakoś poradzi, ogarniesz go po powrocie, a teraz ważniejszy jest Twój wypoczynek i dobra zabawa.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cię serdecznie!
Cudowne zdjęcia! Cieszę się, że urlop był udany, wróciłaś wypoczęta i zadowolona :)) Widoki przepiękne :)
OdpowiedzUsuńPrzy ogrodzie popracujesz wtedy gdy będziesz mogła, nie wszystko się da przewidzieć. Napewno wszystko ogarniesz :))
No i co ja mogę napisać po przeczytaniu relacji i obejrzeniu fotek z uroczych zakątków świata, gdzie natura stworzyła cuda, które wprawiają w zachwyt i niedowierzanie, że to możliwe!!!
OdpowiedzUsuńUfff ale zdanie, aż musiałam wziąć oddech:))
Napiszę tylko: fajnie było i szkoda, że to już wspomnienia, chociaż dobre wspomnienia mają super wartość!
Wyglądasz bardzo elegancko i widać, że to są Twoje klimaty:)
Udanego zwiedzania i podziwiania naszych nadmorskich perełek !
Buziaki gorące!!!