Za kilka dni kończy się sierpień, a ja wciąż jeszcze mam do opublikowania lipcowe, ogrodowe piękności. Nic na to nie poradzę, że moja miłość do robienia kwiatowych fotek nie idzie w parze z częstotliwością umieszczania postów na blogu. I żeby było jasne, wciąż trwam przy swoim postanowieniu oszczędzania oczu, zarówno przy pisaniu, jak i przy czytaniu. Mam na uwadze ważny fakt... gdyby mój wzrok pogorszył się jeszcze bardziej, w ogóle musiałabym zrezygnować z jakiegokolwiek publikowania, a tego chcę uniknąć. Dlatego ograniczam to do niezbędnego, moim zdaniem, minimum...
Ale do rzeczy, coś tu muszę wstawić na dobry początek... niech będzie to coś energetycznego :) A zaraz po tej dawce różowej energii wrzucam przepiękny, biały kwiat stokezji, na dodatek z malutkim lokatorem :)
Tak jak pisałam w poprzednich wpisach, aktualny czas jest dla mnie okresem czerpania radości z pobytu w domu i w ogrodzie lub jak to mówią "w domu i w zagrodzie" :)
Czas wycieczkowania i włóczenia się po świecie na razie minął, choć nie na długo :) Ale tymczasem siedzę sobie w domku i próbuję czerpać radość z tego, co widzę za oknem. A niestety, w ostatnich dniach widzę już tylko same coraz bardziej niepokojące dla mnie rzeczy, bo dzień jest już wyraźnie coraz krótszy, a wieczory zrobiły się nie tylko chłodne, ale - powiedzmy sobie szczerze - zimne :( Moje umiłowanie ciepła cierpi na tym okrutnie i jeśli mam być szczera, nie napawa mnie optymizmem.
W lipcu kwitło jeszcze sporo roślin. Mimo faktu, że sporą część czerwca wojażowałam i z pewnością mój ogród w tym czasie traktowany był trochę po macoszemu, jednak dał sobie radę całkiem nieźle. Tak naprawdę to chyba tylko mój trawnik tęsknił za mną najbardziej, bo niezbyt sobie poradził z tegorocznymi upałami i obecnie nie wygląda zbyt zachęcająco. No cóż, w przyszłym roku będę musiała bardziej o niego zadbać i postarać się o jakieś dodatkowe nawadnianie na czas moich kolejnych nieobecności.
Wciąż kwitły floksy i liliowce...
Pojawiły się pierwsze kwiaty moich ketmii syryjskich. Ta pokazana poniżej zawsze kwitnie najwcześniej.
Jedna z rabat pokryła się białymi kwiatami tojeści orszelinowej. Nie uważacie, że wyglądają trochę jak gęsie szyje? :)
Swoim lipcowym kwitnieniem szczycił się także akant, rdest pokrewny oraz wiesiołek.
Jak co roku, nie zawiódł mnie także słoneczniczek szorstki. Krokosmia również jest niezawodna, kwitnie bez względu na pogodę i panujące warunki :)
Hortensja Annabell w lipcu była w pełni rozkwitu. Jest niesamowicie dekoracyjna.
Również hortensje bukietowe zaczęły pokazywać swoje kwiatostany :)
W pełni rozkwitu była również tawuła japońska Shirobana. Ciekawie to wygląda, kiedy na jednym krzewie kwitną zarówno białe, jak i różowe kwiaty :)
Także ponownie zakwitła krzewuszka. To jest niesamowicie widowiskowe, kiedy wiosenne krzewy kwitną ponownie późnym latem :)
Z drugiej strony okazało się, że zjawiła mi się w ogrodzie jednocześnie wiosna i jesień :) Ponownie wiosennie pokazały się pąki magnolii i w tym samym czasie zaczęły się już jesiennie czerwienić listki trzmieliny oskrzydlonej. To trochę tak, jakby Matka Natura nie mogła się zdecydować, którą porę roku obecnie mamy :)
Kilka roślinkowych selfiaczków :)
I parę ogólnych, ogrodowych widoków...
A na koniec mała ciekawostka. Tradycją już się stało, że co roku o tej samej porze, fotografuję się z najwyższą juką w moim ogrodzie. Mam taką jedną, która zawsze w tym samym mniej więcej miejscu strzela z wysokością prawie do nieba :) W tym roku była trochę niższa, niż w poprzednich latach, ale mam nadzieję, że nadrobi to w kolejnych sezonach.
Gdyby ktoś nie wiedział, tak wygląda juka ogrodowa :)
A poniżej taka zbiorówka z kilku ostatnich lat z moją gigantyczną juką :)
Teraz jest czas, kiedy czuję się spełniona i szczęśliwa. Czerpię z życia wszystko to, co najlepsze i staram się żyć tak, jak lubię najbardziej. I choć fakt, że lato, które kocham najbardziej, kończy się już nieuchronnie i nie jest to powodem mojej radości, tłumaczę sobie, że przecież za niecały rok przyjdzie kolejne ciepełko. Tym bardziej, że jesienią czeka na mnie następny, słoneczny wyjazd. Ta myśl jest dla mnie niesamowicie budująca.
Dużo odpoczywam i staram się, żeby życie nie przeciekało mi między palcami. Nie wyszukuję sobie zajęć na siłę... robię to, na co w danej chwili mam ochotę. A jeśli mam ochotę na nierobienie niczego, to... nie robię nic :) Czasem wstaję rano i już wiem, że ten dzień spędzę na całkowitym relaksie i oddawaniu się takim czynnościom, które lubię najbardziej. Po prostu uważam, że teraz właśnie mam ten czas, kiedy niczego już nie muszę. No bo przecież kiedy, jak nie teraz??? :)
Bardzo ciekawie i inspirująco opisała tę kwestię na swoim blogu
Ismena. Polecam gorąco!
Do zobaczenia we wrześniu, a więc już niedługo :)
Komentarze
Prześlij komentarz